Pozostałe

AI Act już obowiązuje

AI Act już obowiązuje. I teraz każdy zadaje sobie to samo pytanie: co właściwie trzeba oznaczać jako treść z AI, a co można spokojnie zostawić bez żadnej etykiety.

AI Act już obowiązuje

Przepis nie ułatwia sprawy, bo mówi ogólnie: treści tworzone przez AI. Kropka. Żadnej listy, żadnych wyjątków wypisanych punkt po punkcie. A to oznacza, że obowiązek dotyczy nie tylko postów w social mediach czy tekstów na stronie, ale też reklam i bannerów outdoorowych. Serio. Jeśli na bannerze kręgielni wisi wygenerowana przez AI sylwetka człowieka, to taki banner powinien mieć oznaczenie. Internet nie ma tu żadnego monopolu.

Z tekstami sprawa jest trochę luźniejsza. Obowiązek oznaczania dotyczy tylko tych publikacji, które wchodzą w sferę interesu publicznego, czyli tematów typu wybory, zdrowie, bezpieczeństwo. Ale nawet tu jest furtka: jeśli tekst przeszedł kontrolę redakcyjną, czyli ktoś go realnie zredagował, poprawił, nadał mu ostateczny kształt, to obowiązek znika. Warunek jest jeden: trzeba mieć na to dowód. Sam fakt, że coś przeczytałeś przed publikacją, nie wystarczy, jeśli ktoś zapyta.

I tu dochodzimy do sedna, bo to pytanie wraca przy każdym medium: zdjęciach, wideo, tekstach. Czy AI tylko wspomogła coś, co już istniało, czy zmieniła to, na co faktycznie patrzymy?

Przy zdjęciach granica jest dość konkretna. Poprawa ostrości, koloru, balansu bieli, wycięcie tła produktu na białym tle, to wszystko zostaje bez oznaczenia, bo nic nie zmienia w treści zdjęcia. Ale jeśli w tle jest jakaś scena i zaczynasz nią manipulować, to już inna bajka, bo zmieniasz to, co ktoś naprawdę widział przez obiektyw. Kolorowanie starego zdjęcia mieści się jeszcze w stylistyce, nie w faktach. Za to dokładanie czegoś, czego nie było w kadrze, mebli, ludzi, roślin, to już wymaga oznaczenia. Wirtualne umeblowanie pustego mieszkania na sprzedaż też się w to wpisuje. Podobnie zmiana koloru czy kształtu produktu względem oryginału, albo retusz sylwetki, który zmienia jej proporcje.

Przy twarzach zasada jest prosta, choć trochę śliska w praktyce. Delikatne wygładzenie, wyprasowanie zmarszczek, to nie jest ingerencja wymagająca oznaczenia. Ale zmiana rysów twarzy już tak.

Wideo rządzi się podobną logiką. Color grading, stabilizacja obrazu, automatyczne napisy, usunięcie szumu z mikrofonu, to wszystko zostaje bez etykiety. Face swap, podłożenie innego głosu, albo zmiana tła na coś, co może uchodzić za realne miejsce, już wymaga oznaczenia.

Jedno pytanie właściwie załatwia większość wątpliwości: czy to, co widać w kadrze, naprawdę tak wyglądało, zanim wkroczyła AI. I czy ta zmiana jest istotna. Jeśli odpowiedź brzmi nie, oznaczasz.

Zostaje jeszcze kwestia jak oznaczać, bo to też nie jest dowolność. Etykieta musi być widoczna od razu, przy pierwszym kontakcie z materiałem. Przy obrazie online to znaczy w samym kadrze, nie w opisie, który trzeba rozwinąć. Przy bannerze czy plakacie drukowanym, informacja musi być na widoku, a nie drobnym druczkiem gdzieś na dole. Przy treściach artystycznych, na przykład w filmie, można to załatwić napisem końcowym, tak żeby nie zepsuć odbioru.

Więc jak sprawdzić, czy dany materiał wymaga etykiety? Zapytaj się, czy to, co widzisz, jest prawdziwe. Jeśli nie jest, prawdopodobnie musisz to oznaczyć.