Pozostałe

Kaucja za butelkę, czyli jak nauczyć naród miłości do plastiku przez wkurw...

Stoję sobie ostatnio przy wejściu do marketu i patrzę, jak starsza pani próbuje wepchnąć do automatu butelkę po wodzie, która najwyraźniej urodziła się przed wejściem ustawy i nie ma zamiaru się z tego tłumaczyć, a maszyna miga jej czerwonym światłem z uporem księdza odmawiającego rozgrzeszenia komuś, kto przyszedł do złego kościoła, i myślę sobie, że to jest kwintesencja tego jak w tym kraju robi się dobre rzeczy w najgorszy możliwy sposób czyli z takim rozmachem organizacyjnym, że sam pomysł zaczyna prosić o litość.

Kaucja za butelkę, czyli jak nauczyć naród miłości do plastiku przez wkurw...

Bo koncepcja jest (przyznajmy uczciwie) słuszna jak psalm śpiewany przez chór, który akurat trafia w nuty. Butelka wraca do butelki, puszka do puszki, obieg się zamyka, planeta chwilowo odpoczywa od naszej gorliwości konsumenckiej i gdyby to działało tak jak w Niemczech czy na Litwie, w ogóle nie byłoby o czym pisać, bo felieton o sprawnie działającym systemie nikogo nie interesuje tak jak nikogo nie interesuje pociąg, który przyjechał punktualnie. Ale komuś, kto siedział przy tworzeniu tej ustawy, chyba brakowało w życiu adrenaliny bo zamiast jednego operatora (jak robią to od dwudziestu lat ludzie, którzy wiedzą co robią) wymyślił ich kilku operatorów konkurujących ze sobą z osobnymi bazami danych komunikującymi się ze sobą mniej więcej tak sprawnie jak dwa urzędy w tym samym budynku, ale na różnych piętrach i w głębokim konflikcie kompetencyjnym.

I tym sposobem mamy sytuację w której obywatel uzbrojony w najlepsze intencje i worek pełen plastiku stoi w kolejce, wkłada butelkę po butelce bo maszyna nie umie przyjąć więcej niż jedną butelkę naraz. Jakby to był konfesjonał a nie recyklomat, a za nim formuje się rządek ludzi z workami, które już zaczynają żyć własnym życiem przyciągając muchy jak magnes opiłki i wszyscy razem czekają aż automat raczy uznać że dana butelka w ogóle istnieje w jego świętej, nieomylnej bazie danych, która akurat tego dnia postanowiła nie wiedzieć nic o tym konkretnym kodzie kreskowym. A kiedy w końcu po trzeciej próbie maszyna odrzuci opakowanie z takim samym znaczkiem kaucji, jaki przed chwilą przyjęła bez mrugnięcia to człowiek zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem nie trafił na jakiś rytuał inicjacyjny w którym trzeba udowodnić czystość intencji ekologicznych osobiście przed obliczem urządzenia, które samo nie do końca wie po co tu stoi.

A obok tego mamy jeszcze drugi spektakl prowadzony z twarzą pełną powagi przez ludzi, którzy postanowili że wystarczy zamienić jeden materiał na drugi i sumienie samo się wyczyści ekologicznie. Papierowa słomka zamiast plastikowej, bo brzmi szlachetnie mimo że rozmoknie w napoju zanim zdążysz dopić do połowy i trzeba będzie użyć trzech zamiast jednej. Bawełniana torba wielorazowa wręczana z dumą jako dowód troski o Ziemię, choć żeby się w ogóle opłaciła środowiskowo, trzeba by nosić ją codziennie przez dwadzieścia parę lat. Najlepiej aż do własnego pogrzebu na którym zresztą też by się przydała na nasze prochy. I ci sami ludzie z tą samą pewnością siebie orzekną gdzie indziej, że plastik jest wrogiem numer jeden a karton z automatu zbawi świat nie siląc się na sprawdzenie ile wody i chemii poszło w tę szlachetną tekturkę zanim w ogóle stała się opakowaniem i nie zastanawiając się co się z nią stanie gdy po kilku obiegach przestanie nadawać się do przetworzenia i skończy gnić na wysypisku cichutko produkując metan o którym nikt w kampanii reklamowej nie wspomniał.

Więc mamy dwa równoległe przedstawienia teatru absurdu: finansowane wspólnym wysiłkiem podatnika i jego cierpliwości, i oba mają ten sam grzech pierworodny: udawanie, że wybór jednego symbolu czy to butelkomatu, czy papierowej torebki załatwia sprawę, podczas gdy nikt nie chce policzyć całego rachunku od początku do końca. System kaucyjny mógłby działać jak w Niemczech gdyby ktoś nie postanowił go rozdrobnić na pięciu konkurujących operatorów. Papier mógłby bić plastik na głowę gdyby faktycznie wracał do obiegu zamiast lądować na składowisku jako dowód czyjejś dobrej woli. A plastik mógłby być zupełnie w porządku gdyby nie kończył w rowie zamiast w automacie.

I chyba w tym jest cała nasza narodowa metoda ratowania świata: zamiast policzyć cały cykl życia rzeczy, wybieramy sobie jeden odcinek, ten najbardziej fotogeniczny, ogłaszamy zwycięstwo a resztę zamiatamy pod dywan najlepiej papierowy bo plastikowego przecież już się wstydzimy.