Pozostałe

Małżonek jako anomalia?

Jest taki tekst, który zaczyna się od stwierdzenia: "małżonek to jedyna osoba, która pokochała Was z własnej, nieprzymuszonej woli". Brzmi to jak odkrycie Ameryki, ale gdy się chwilę zastanowić, okazuje się, że to jedna z tych rzadkich mądrości, które wyglądają banalnie, a jednak są prawdą.

Małżonek jako anomalia?

Rodzina to nie miłość z wyboru. Mama kocha, bo jej powiedziano, że tak trzeba, a hormony zrobiły resztę. Tata kocha, bo ma wbudowany instynkt i poczucie obowiązku. Rodzeństwo znosi się wzajemnie z dobrodziejstwem inwentarza, bo nie ma wyjścia. Dzieci kochają rodziców, bo to dla nich jedyna dostępna opcja przez pierwsze kilkanaście lat życia. Biologia jest bezwzględna i nie pyta o zdanie.

Partner jest w tym wszystkim czymś osobliwie innym. Nikt go nie zmuszał. Żaden gen, żaden instynkt, żaden sędzia rodzinny. Spojrzał na świat pełen opcji i wybrał akurat ciebie. To jest osobliwe, gdy się nad tym naprawdę zatrzymać, bo większość z Was traktuje ten fakt z takim samym wzruszeniem ramion, z jakim kwituje fakt, że słońce świeci.

I tu zaczyna się właściwy problem. Skoro ta miłość nie ma biologicznego zabezpieczenia, to znaczy, że może przestać istnieć dokładnie w tym samym trybie, w jakim powstała: decyzją. Nie dramatem, nie katastrofą, nie zdradą. Po prostu ktoś przestaje wybierać Ciebie. Cicho, bez scen, metodycznie.

Ludzie godzinami pielęgnują relację z rodzicami, z którymi nie mają o czym rozmawiać, bo "tak trzeba". A partnera traktują jak mebel z gwarancją. Wybrał mnie raz, to i tak już zostanie. Kontrakt podpisany, sprawa zamknięta.

Naprawdę nie wiem, dlaczego nas tego nie uczą w szkole. Zamiast tabliczki mnożenia trzecią klasę z rzędu, godzina na to, że dobrowolna miłość wymaga codziennego potwierdzenia. Że nie ma tu autopilota. Że pytanie "dlaczego on wciąż przy mnie jest" nie jest objawem niepewności, tylko zdrowego rozsądku.

Większość związków nie ginie od wielkich zdrad. Ginie od powolnego zaniku powodów, dla których ktoś wybrał, żeby zostać.