Pozostałe

Państwo polskie właśnie wymyśliło nowy rodzaj kary, nazywa się "ojcostwo"

W sierpniu 2024 roku Sąd Rejonowy w Radomiu wydał wyrok, który w normalnym kraju wywołałby skandal na skalę ogólnokrajową. W Polsce przeszedł prawie niezauważony, bo akurat mieliśmy ważniejsze rzeczy do robienia. A szkoda, bo to orzeczenie jest małym, cichym trzęsieniem ziemi pod fundamentami czegoś, co dotychczas uważaliśmy za oczywiste: nikt nie może zmusić cię do zostania rodzicem wbrew twojej woli.

Państwo polskie właśnie wymyśliło nowy rodzaj kary, nazywa się "ojcostwo"

Myliliśmy się.

Sprawa wygląda tak: małżeństwo przeszło procedurę in vitro, urodziło im się dziecko, zostało jeszcze kilka zamrożonych zarodków. Potem przyszedł rozwód. Mężczyzna powiedział jasno: nie zgadzam się na transfer. Nie chcę kolejnego dziecka z byłą żoną. Ustawa o leczeniu niepłodności jest w tej kwestii jednoznaczna jak kodeks karny przy kradzieży: zgoda dawcy jest warunkiem koniecznym. Nie uprzejmą sugestią. Warunkiem.

Sąd wzruszył ramionami i orzekł inaczej.

Bo "dobro zarodka". Bo "prawo matki do macierzyństwa". Bo cokolwiek, co brzmi dostatecznie wzniosłe, żeby przykryć fakt, że właśnie jeden konkretny człowiek powiedział "nie" i jego "nie" zostało wyrzucone z pogardą do kosza.

Dlaczego sąd w ogóle uznał, że "chcę" matki jest ważniejsze od "nie chcę" ojca? Jaka logika prawna, moralna, jakakolwiek, prowadzi do wniosku, że jedno pragnienie przeważa nad drugim?

Odpowiedź, której nie uświadczymy w uzasadnieniu wyroku, ale która jest wyczuwalna w każdym jego zdaniu, jest prosta. Bo sąd standardowo postawił się po stronie tej, która czegoś pragnie, a nie po stronie tego, który czegoś odmawia. Pragnienie jest emocjonalnie nośne. Odmowa brzmi zimno, egoistycznie, nieludzko. "Ona chce być matką" to historia, którą łatwo opowiedzieć. "On nie chce być ojcem" to historia, w której on od razu wychodzi na drania.

I dokładnie na tej emocjonalnej asymetrii sąd zbudował swoje orzeczenie. Nie na prawie, bo prawo było przeciwko niemu. Na ogólnopolskiej narracji.

A teraz najlepsza część. Ta, o której prawnicy piszą w przypisach, a media wolą nie rozwijać, bo psuje śliczną narrację o "prawie do macierzyństwa". Ten mężczyzna, jeśli wyrok się uprawomocni, zostanie ojcem. Prawnym ojcem dziecka, którego nie chciał, na które nie wyraził zgody i do powstania którego potrzebna była właśnie decyzja sądu, żeby obejść jego wyraźny sprzeciw. I jako ojciec będzie płacił alimenty. Przez osiemnaście lub więcej lat. Bo domniemanie ojcostwa w Polsce działa automatycznie, niczym automat do kawy - wrzucasz monetę, wylatuje kawa, nie pytasz nikogo o zdanie.

Mówiąc wprost, państwo polskie za pośrednictwem sądu i przy aktywnym udziale byłej żony, zamierza wystawić temu człowiekowi rachunek za dziecko, którego nie chciał, i będzie go ścigać przez następne dwie dekady. A gdyby nie płacił, to komornik. A gdyby komornik nie pomógł, to areszt. Za bycie ojcem wbrew sobie. W imię czego?

To nie jest "trudny dylemat bioetyczny". To jest przemoc. Tyle że przyklepana przez sąd i opakowana w humanistyczny bełkot o "autonomii prokreacyjnej" i "ochronie życia zarodka".

Przy okazji warto zapytać o tę słynną autonomię. Gdy kobieta mówi, że nie chce ciąży: jej ciało, jej decyzja, koniec rozmowy, i słusznie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje, że kobieta ma prawo odmówić. Ale ten sam system, który autonomię kobiety traktuje jako świętość, autonomię mężczyzny traktuje jako przeszkodę do ominięcia przy pomocy odpowiedniej argumentacji sądowej. "Chcę" matki wchodzi na salę sądową jako prawo. "Nie chcę" ojca wchodzi jako problem do rozwiązania i z góry w większości przypadków jest już przegrany na wejściu.

To nie jest równość. To jest hierarchia. I mam poważne wątpliwości, czy ktokolwiek z entuzjastów tego wyroku byłby gotów powiedzieć to głośno i wprost.

Rzecznik Praw Obywatelskich złożył w tej sprawie opinię do Sądu Najwyższego. Stwierdził, że sprzeciw mężczyzny "nie może być automatyczną podstawą odmowy" i że priorytetem jest "ochrona życia zarodka oraz integralność cielesna kobiety". O integralności decyzyjnej mężczyzny nie ma tam ani słowa. Czy RPO chroni prawa obywateli wybiórczo? Widocznie niektórzy obywatele są równiejsi.

W tle jest jeszcze jeden argument. Polska się wyludnia. Demograficzna katastrofa, jeden z najgorszych wskaźników w OECD, puste szkoły, wymierające wsie. I może właśnie dlatego komuś w tym systemie wydaje się, iż można trochę poluźnić wymagania dotyczące zgody, jeśli chodzi o produkcję nowych Polaków. Cel uświęca środki. Ojczyzna potrzebuje dzieci. Twoje "nie" jest niepatriotyczne.

Sąd Najwyższy ma teraz szansę albo to naprawić, albo uczynić z wyroku precedens. Jeśli pójdzie śladem Radomia, Polska dołączy do bardzo "ekskluzywnego klubu" państw, w których sąd może orzec, że zostajesz rodzicem bez twojej zgody, a potem wyśle do ciebie komornika, żebyś za to zapłacił. Dla porównania: Europejski Trybunał Praw Człowieka w podobnej sprawie orzekł po stronie mężczyzny. Nawet wtedy, gdy kobieta nie miała już żadnej innej drogi do macierzyństwa.

Europa powiedziała: zgoda to zgoda.

Radom powiedział: jakoś to będzie.

Jeśli Sąd Najwyższy to utwierdzi, zapamiętajmy, co właściwie zatwierdziliśmy. Nie "trudny kompromis bioetyczny". Nie "wyważenie sprzecznych praw". Zatwierdziliśmy zasadę, że "chcę" jednej strony może sądownie unieważnić "nie chcę" drugiej. I że za ten przywilej ta druga strona będzie płacić przez osiemnaście lat.

Witamy w nowoczesnej Polsce, gdzie prawo jest równe dla wszystkich. Tylko niektórym to "nie" wychodzi trochę równiejsze.