Zacząłem pracę w prawdziwej drukarni jako DTPowiec, pracowałem za jedną trzecią stawki, byle tylko nauczyć się druku na offsecie, przygotowalni analogowej, sitodruku. Nie stać mnie było wtedy na własny komputer, na którym mógłbym trenować. Pod słowem internet kryła się wtedy czarna magia i czarny ekran ze znaczkami, dumnie zwany BBSem. Giełdy komputerowe były świątynią oprogramowania, ale specjalistyczny soft do DTP był zbyt niszowy. Zbyt żeby się tam pojawić. Drukarnie przygotowywały druk na kliszach, a ta, która miała Cyfroneksa, uchodziła za hi-tech. Gazeta zapisana na kilku dyskietkach wielkości dużego talerza stołowego, czasem połowy biurka. Dostanie na giełdzie komputerowej nielegalnej kopii Quarka, PageMakera, Ventury czy Corela graniczyło z cudem, a jednak czasami się udawało.
Wprowadziłem w tej drukarni pierwszy komputer, który był szczytem techniki: 286 SX. Co to była za maszyna. Uczyłem się na niej na własnych błędach Quarka i innego oprogramowania do składania gazet i książek. Pierwszy skaner czarno-biały, ręczny. Masakra. Dziesiątki prób, żeby zeskanować byle zdjęcie do gazety. Albo szło się do ciemni i robiło to manualnie, na kliszach wielkości metr na metr, w ciemności manewrując stalową klapą o wadze trzydziestu kilo. Pracowałem na strychu drukarni, bo w małych drukarniach dział DTP był jeszcze fanaberią. Wchodziło się po stromych drewnianych schodach, jak po drabinie. Latem siedziałem w majtkach, a wentylatory kierowałem na komputer, żeby się nie przegrzał, bo na strychu nie było okien. Zimą odwrotnie, grzejniki na komputer, a ja w kurtce, czapce i rękawiczkach bez palców.
Pewnego dnia córka szefa przyprowadziła sobie gacha i stwierdziła, że mam go wszystkiego nauczyć, bo on też będzie tu pracował, ale na jej zasadach. Taka drukarnia w drukarni tatusia, na plecach tatusia. A że ja tego cwaniaczka znałem, bo chodził ze mną do szkoły, odmówiłem nauki. Był szum. Gach posunął się nawet do gróźb pobicia mnie, jak go nie nauczę. Po kilku tygodniach szef dał mi większą kasę, żebym go uczył co jakiś czas. Trudny to był czas, bo był głąbem, ale wyczuwał kasę nosem, bo akurat wtedy powstawał rynek firm specjalizujących się w przygotowaniu materiału do druku, więc drukarnie nie musiały już wydawać kasy na sprzęt i ludzi, tylko zamawiały gotowe klisze z naświetlarki. Nauczyłem go podstaw i jak się poruszać w programach, ale ten debil nie pytał o zasady łamania tekstu, dywizy, ani nawet jak zrobić plik PRN na naświetlarkę, mimo że chciałem go tego nauczyć. Nie przykładał się. I co było dalej? Chciał mnie wygryźć z drukarni. Szef trzymał stronę zakochanej córeczki i kolesia w spodniach z przydeptanymi nogawkami, taka wtedy była moda. Nie chciał mnie zwalniać, ale chciał to przeorganizować tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ja temat uciąłem, złożyłem wymówienie i poszedłem do większej drukarni, za normalną kasę i szacunek.
A co było z tamtą drukarnią? Gach nieumiejętnie złamał książkę i drukarnia zbankrutowała, bo musiała z własnej kieszeni pokryć koszty kilkutysięcznego nakładu katalogu znaczków (1200 stron). Rok po moim odejściu drukarni już nie było. Gacha też nie było, zostawił córeczkę szefa z brzuchem i tyle go widzieli. Gdy dobra kasa się skończyła, bo drukarni nie było, córeczka zmieniła nastawienie i musiała iść za kasę do sklepu. Żona szefa go zostawiła, bo z golodupcem nie chciała być. Szef wyemigrował do Meksyku.
Wielką tajemnicą było wtedy, jak przygotować plik do druku dla dużej drukarni na naświetlarkę. Trzeba było zdobyć sterownik konkretnej naświetlarki, która naświetlała wielkie klisze, dla każdego koloru osobno. Te klisze służyły do naświetlania blach, za pomocą których się drukuje. Wielką tajemnicą było, jakie parametry dobrać, żeby druk był dobrej jakości. Wiele pieniędzy i czasu zmarnowanych, bo każdy dochodził do tego metodą prób i błędów. Nikt nie chciał przekazać tej wiedzy innym.
Ja zawsze starałem się dzielić wiedzą. Z kilkunastu powodów. Bo mój "uczeń" w przyszłości mógłby być lepszy ode mnie i mnie nauczyć czegoś, tego czego nie wiedziałem. Bo ten, komu przekazałem wiedzę, mógłby być partnerem w biznesie. I tak dalej. Ale jak patrzę wstecz, to widzę, że zaledwie dwadzieścia procent z nich zostało w zawodzie. Reszta poległa. Czy to interes nie wyszedł, czy nie mieli chęci dalszego kształcenia się, gdy wchodziły nowe technologie, czy zmieniali profil działalności, gdy drukarnie stawały się powszechne, a zarobek spadał.
Ale widzę też, jak zasiana wiedza wykiełkowała i powstały duże drukarnie. Miło wiedzieć, że na coś się przydała moja pomoc.
Dlatego uważam, że powinniśmy udostępniać swoją wiedzę za darmo, bo to przynosi więcej korzyści.
Wkurwiają mnie tiktokowe i fejsowe influencerzy sprzedający bezwartościowe rady za kasę. Biorą kiepską wiedzę stworzoną w jakimś modelu AI, niczym niepopartą, pełną błędów i wymyślonych faktów. Robią w Canvie albo LL gówniany e-book, źle złożony, że oczy bolą. Tak naprawdę kupujesz wtedy stek bzdur i na nic ci się to nie przydaje.
Ilustracja: chatgpt