Właśnie przeczytałem doniesienia, że Kreml wyprzedaje swoje rezerwy złota jak starą biżuterię na pchlim targu. Dlaczego? Bo wojna pochłania od 80 milionów do miliarda dolarów dziennie - to jak finansować hollywoodzki blockbuster, tylko z prawdziwymi ofiarami. I w tym momencie Ameryka, ta wielka strażniczka międzynarodowego prawa (ha, ha), postanawia wkroczyć z propozycją pokoju. Pokoju, który zmusi Ukrainę do oddania ziemi, której nawet nie straciła. Brzmi fair? No jasne, jak dzielenie się lodami z kimś, kto ci je ukradł.
Pytanie dnia: jeśli Stany Zjednoczone podważają międzynarodowe prawo na każdym kroku, to po co im teraz ratować Rosję przed całkowitym upadkiem? Mam dla was trzy powody. I ostrzegam: one nie o bohaterstwie, tylko o zimnej kalkulacji.
Po pierwsze: chaos nuklearny. Rosja ma największy arsenał atomowy na świecie - tysiące głowic, które mogłyby urządzić apokalipsę. Jeśli państwo Putina nagle się rozpadnie, nie dostaniemy w prezencie demokracji z kokardką. Raczej wojnę domową, watażków walczących o resztki i kompletny bałagan z kontrolą nad bombami. Z perspektywy Waszyngtonu to gorsze niż to, co dzieje się teraz na Ukrainie. Wyobraźcie sobie: nuklearny dziki zachód, gdzie każdy może nacisnąć guzik. Nie, dziękuję - lepiej mieć Putina pod kontrolą niż armagedon na wolnym rynku.
Po drugie: spillover, czyli jak chaos nie zna granic. Upadająca Rosja to nie tylko wewnętrzny problem. To uchodźcy zalewający Europę, grupy zbrojne przekraczające granice jak turyści bez wizy, i radykałowie kwitnący na gruzach. Złamana Rosja mogłaby być bardziej niebezpieczna niż osłabiona - bo kto lubi sąsiada, który pali własną chatę i dym leci do ciebie? Europa już ma dość migrantów, a NATO nie chce kolejnego frontu. Więc lepiej utrzymać Kreml na nogach, choćby chwiejnych.
I trzeci, mój faworyt: czynnik chiński. Jeśli Rosja stanie się desperackim pariasem, nie zniknie w czeluściach. Po prostu wpadnie jeszcze głębiej w ramiona Pekinu. A to tylko wzmocni tę jedną rywalizację, na której Ameryce zależy najbardziej - z Chinami. Waszyngton nie chce silnej Rosji, ale na pewno nie chce Rosji jako chińskiego wasala. To jak pozwolić, by twój wróg numer dwa został kumplem wroga numer jeden. Geopolityczny koszmar.
Podsumowując: ten cały "pokój" to nie o sprawiedliwość dla Ukrainy. To czyste zarządzanie ryzykiem - jak ubezpieczenie na życie dla globalnego systemu. USA nie ratują Rosji z dobroci serca; po prostu nie chcą, by eksplodowała i rozsypała odłamki po całym świecie.
Aha, i jeszcze jedna smaczek do przemyślenia: jeśli pokój zostanie narzucony, Ukraina teoretycznie wraca do normalności. Koniec stanu wojennego, wybory na horyzoncie. Czy to przypadkiem nie motyw za tym terminem na Święto Dziękczynienia? Może ktoś w Białym Domu myśli: "Dajmy im spokój, a potem zobaczymy, kto wygra urny". Polityka to gra, w której nikt nie jest święty.