Pozostałe

Trzy powody, dla których Ameryka ratuje Rosję przed samozniszczeniem

Trzy powody, dla których Ameryka ratuje Rosję przed samozniszczeniem - i dlaczego to boli Geopolityka przypomina grę w Monopoly, ale z atomówkami zamiast hoteli. Siedzimy tu w grudniu 2025 roku, a świat wciąż kręci się wokół tej samej osi: Rosja, Ukraina, USA i ten niekończący się taniec na krawędzi przepaści.

Trzy powody, dla których Ameryka ratuje Rosję przed samozniszczeniem

Właśnie przeczytałem doniesienia, że Kreml wyprzedaje swoje rezerwy złota jak starą biżuterię na pchlim targu. Dlaczego? Bo wojna pochłania od 80 milionów do miliarda dolarów dziennie - to jak finansować hollywoodzki blockbuster, tylko z prawdziwymi ofiarami. I w tym momencie Ameryka, ta wielka strażniczka międzynarodowego prawa (ha, ha), postanawia wkroczyć z propozycją pokoju. Pokoju, który zmusi Ukrainę do oddania ziemi, której nawet nie straciła. Brzmi fair? No jasne, jak dzielenie się lodami z kimś, kto ci je ukradł.

Pytanie dnia: jeśli Stany Zjednoczone podważają międzynarodowe prawo na każdym kroku, to po co im teraz ratować Rosję przed całkowitym upadkiem? Mam dla was trzy powody. I ostrzegam: one nie o bohaterstwie, tylko o zimnej kalkulacji.

Po pierwsze: chaos nuklearny. Rosja ma największy arsenał atomowy na świecie - tysiące głowic, które mogłyby urządzić apokalipsę. Jeśli państwo Putina nagle się rozpadnie, nie dostaniemy w prezencie demokracji z kokardką. Raczej wojnę domową, watażków walczących o resztki i kompletny bałagan z kontrolą nad bombami. Z perspektywy Waszyngtonu to gorsze niż to, co dzieje się teraz na Ukrainie. Wyobraźcie sobie: nuklearny dziki zachód, gdzie każdy może nacisnąć guzik. Nie, dziękuję - lepiej mieć Putina pod kontrolą niż armagedon na wolnym rynku.

Po drugie: spillover, czyli jak chaos nie zna granic. Upadająca Rosja to nie tylko wewnętrzny problem. To uchodźcy zalewający Europę, grupy zbrojne przekraczające granice jak turyści bez wizy, i radykałowie kwitnący na gruzach. Złamana Rosja mogłaby być bardziej niebezpieczna niż osłabiona - bo kto lubi sąsiada, który pali własną chatę i dym leci do ciebie? Europa już ma dość migrantów, a NATO nie chce kolejnego frontu. Więc lepiej utrzymać Kreml na nogach, choćby chwiejnych.

I trzeci, mój faworyt: czynnik chiński. Jeśli Rosja stanie się desperackim pariasem, nie zniknie w czeluściach. Po prostu wpadnie jeszcze głębiej w ramiona Pekinu. A to tylko wzmocni tę jedną rywalizację, na której Ameryce zależy najbardziej - z Chinami. Waszyngton nie chce silnej Rosji, ale na pewno nie chce Rosji jako chińskiego wasala. To jak pozwolić, by twój wróg numer dwa został kumplem wroga numer jeden. Geopolityczny koszmar.

Podsumowując: ten cały "pokój" to nie o sprawiedliwość dla Ukrainy. To czyste zarządzanie ryzykiem - jak ubezpieczenie na życie dla globalnego systemu. USA nie ratują Rosji z dobroci serca; po prostu nie chcą, by eksplodowała i rozsypała odłamki po całym świecie.

Aha, i jeszcze jedna smaczek do przemyślenia: jeśli pokój zostanie narzucony, Ukraina teoretycznie wraca do normalności. Koniec stanu wojennego, wybory na horyzoncie. Czy to przypadkiem nie motyw za tym terminem na Święto Dziękczynienia? Może ktoś w Białym Domu myśli: "Dajmy im spokój, a potem zobaczymy, kto wygra urny". Polityka to gra, w której nikt nie jest święty.