No i właśnie USA powiedziało: sorry, nie przyślemy.
I bum! Okazało się, że Niemcy to tak naprawdę bezarmijna legenda, Francja hasa z wielkimi planami, ale bez hajsu, a Bruksela? Tam? Tam się certyfikuje rozmiary opakowań jogurtów i zarabia całkiem przyzwoicie na papierkach. NATO przez lata było dla Europy czymś jak ubezpieczenie zdrowotne dla leniwego joggera - niby jest i tyle, a jak coś się stanie to ktoś coś ogarnie.
Colby w Senacie rzucił prosto z mostu: Europa ma więcej kasy i ludzi niż Rosja. Niech się sobie radzi sama. I wiecie co? Trochę ma rację.
Nie zrozumcie mnie źle - Rosja to żaden maluszek, a sojusze są ważne. Ale serio, poważny kontynent, z dziesiątą częścią światowego PKB, który przez trzy dekady po zimnej wojnie nie potrafił się sam obronić, bo ważniejsze było wspieranie brukselskich urzędników i zielonych grantów? To trochę jakby nie zasługiwał na poważne traktowanie.
Polska? To osobna historia. My wydajemy na wojsko, kupujemy sprzęt, wiemy, że zagrożenie jest realne. I zapłaciliśmy za tę świadomość historią, której Zachód woli nie przypominać sobie przy kawie.
Teraz Waszyngton robi miks priorytetów: oczy na Chiny i mówią Europie: dorośnijcie w końcu!
Pytanie nie brzmi, czy to boli. Bo oczywiście, że boli. Pytanie jest takie: czy Europa ma jeszcze choć odrobinę rozumu i jaja, żeby to ogarnąć?
Jak na razie, szału nie ma.
Grafika: chatgpt