Mariusz Bazan

Pozostałe

𝐙𝐧𝐨𝐰𝐮 𝐦𝐲 𝐰𝐢𝐞𝐦𝐲 𝐥𝐞𝐩𝐢𝐞𝐣

Kiedy w sobotę rano zobaczyłem pierwsze nagłówki o eksplozjach w Teheranie, pomyślałem sobie, że historia ma naprawdę okrutne poczucie humoru. Oto bowiem największe mocarstwo świata, po dwóch dekadach wojen, które nie rozwiązały absolutnie niczego, po Afganistanie oddanym talibom, po Iraku, z którego wyrosło ISIS, po Syrii, do której nikt nie wie po co wchodził i po co wychodził - postanowiło spróbować jeszcze raz. Tym razem na pewno wyjdzie.

Trump ochrzcił to "Epic Fury". Trudno o bardziej hollywoodzki tytuł dla operacji, której konsekwencji nikt nie jest w stanie przewidzieć. Ale na tym zawsze polegała magia amerykańskiej polityki zagranicznej - ważna jest nazwa, ważna jest chwila, ważne jest zdjęcie na pokładzie lotniskowca. Co będzie za rok, jakoś to będzie.
Tymczasem za rok może być bardzo nieprzyjemnie.
Iran bez Chameneja to nie jest Iran pokonany. To Iran, który stracił jedyną figurę mogącą powiedzieć generałom Gwardii Rewolucyjnej "spokojnie, nie teraz". IRGC to instytucja, dla której każde ustępstwo jest z definicji zdradą rewolucji. Bez cywilnego hamulca w postaci Najwyższego Przywódcy ta instytucja będzie robiła to, do czego ją zbudowano. Eskalować, bo na tym polega jej racja bytu. Bomby nie zabiły irańskiego rewolucjonizmu. Nadały mu tylko nową energię i nowy powód.
Można było to przewidzieć, bo takie rzeczy zawsze można przewidzieć. Problem w tym, że w Waszyngtonie za przewidywanie takich rzeczy nie dostaje się nagród. Nagrody dostaje się za zdecydowanie i za epickie nazwy operacji.
Arabia Saudyjska, która przez lata budowała ostrożną wielowektorowość i lobbowała przeciw uderzeniu, dostała rakietami we własną infrastrukturę - jako efekt uboczny cudzej decyzji. Dubaj zamknął lotnisko. Emiraty, które zainwestowały ogromne polityczne i gospodarcze kapitały w to, żeby być oazą stabilności w niestabilnym regionie, nagle okazały się strefą konfliktu, którego nikt ich nie pytał czy chcą. Ale co tam - ważne, że w Waszyngtonie ktoś mógł powiedzieć, że "działamy zdecydowanie".
Przez Cieśninę Ormuz przepływa jedna piąta światowych dostaw ropy. Iran ogłosił jej zamknięcie. Rynki w poniedziałek rano będą wyglądały jak po trzęsieniu ziemi. Dla zwykłych Polaków, którzy właśnie wyszli z inflacyjnego kaca po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, będzie to oznaczało w praktyce droższe paliwo, droższy prąd i droższe wszystko, co się wozi samochodami. Czyli wszystko. Ale to tylko inflacja, nie Epic Fury, więc mniejsza.
Chiny patrzą na to z miną człowieka, który wygrał w totka, ale jest na tyle mądry, żeby po cichu schować kupon do kieszeni. Tracą dostawcę ropy - to boli. Ale zyskują coś cenniejszego: kolejną dekadę argumentów, że świat potrzebuje alternatywy dla porządku, w którym jedno państwo może w każdej chwili zbombardować cokolwiek, gdziekolwiek, i nazwać to operacją z epickim przydomkiem. Pekin będzie potępiał, budował, czekał i cierpliwie wyciągał wnioski. Na tym polega różnica między cywilizacją, która myśli w kategoriach dekad, a cywilizacją, która myśli w kategoriach cyklu wyborczego.
Słyszę już głosy, że nie ma wyjścia, że Iran z bronią atomową to zagrożenie egzystencjalne, że coś trzeba było zrobić. Może. Tylko że "coś trzeba było zrobić" i "to akurat rozwiąże problem" to dwa zupełnie różne zdania i warto je od siebie odróżnić, zanim wyśle się bombowce. Iran budował swój program jądrowy przez trzydzieści lat, przez sankcje, przez izolację, przez sabotaże, przez poprzednie uderzenia z czerwca zeszłego roku. Ludzie, którzy wierzą, że tym razem wreszcie skończyliśmy z tym problemem, powinni porozmawiać z kimś, kto pamięta rok 2003 i zapewnienia, że po Saddamie Husajnie w Iraku zapanuje demokracja i stabilność.
Historia Bliskiego Wschodu jest bezlitosna wobec optymistów z bombami. Każde pokolenie jest przekonane, że tym razem nareszcie coś rozwiązało. Każde pokolenie zostawia następnemu nowy węzeł na szyi, mocniej zaciśnięty niż poprzedni.
Teraz jesteśmy znowu tutaj. Z epicką furią i pytaniem, co dalej - na które nikt, kto podejmował tę decyzję, najwyraźniej nie raczył odpowiedzieć zawczasu.
Ilustracja: chatgpt